Home >> Rozrywka >> P jak Położna
P jak Położna

Mój pierwszy poród, który miał miejsce w 2007 roku, wspominam dobrze, ale trochę jak przez mgłę. Mieszkaliśmy wtedy na Korsyce, od najbliższego szpitala dzieliło nas ponad sto kilometrów krętych wyspiarskich dróg (właśnie dlatego, kiedy odeszły mi wody jechaliśmy do niego karetką na sygnale), pierwszy z brzegu i jedyny w okolicy ginekolog przyjmował dwadzieścia kilometrów od domu a o szkole rodzenia mogłam co najwyżej pomarzyć. Dodatkowym minusem była moja skąpa w tamtejszym czasie znajomość języka francuskiego. Na każdą konsultację z giną zmuszona byłam ciągnąć ze sobą Ł a brak swobody w wypowiadaniu się sprawił, że nie zapytałam nawet o połowę rzeczy, które mnie interesowały lub niepokoiły.

Pani ginekolog ze swojej strony również nie była zbyt wylewna. Wiedzę na temat porodu czerpałam więc z internetów i od doświadczonych już koleżanek. W dzień porodu trafiłam na szczęście na bardzo sympatyczny i kompetentny zespół. Poród okazał się nie taki straszny, jak myślałam. Mimo to czułam niedosyt.Wiedziałam, że mogłabym go przeżyć jeszcze lepiej i świadomiej, gdybym była do niego lepiej przygotowana.

Następna ciąża pojawiła się dopiero po pięciu latach. Właśnie przeprowadziliśmy sie do regionu paryskiego z Mayotte. Nie znałam tu nikogo, więc sama szukałam ginekologa, który mógłby poprowadzić moją ciążę. Wtedy byłam już pewną siebie , doświadczoną mamą i doskonale porozumiewałam sie w języku francuskim. Postanowiłam, ze tym razem przygotuję sie do porodu znacznie lepiej niż poprzednio.

Po pierwszej wizycie u ginekologa byłam bardzo rozczarowana. Pan doktor potraktował nas bardzo przedmiotowo a jedyne, co go interesowało to to, czy aby stać mnie na to, żeby towarzyszył mi przy porodzie. Zniechęcona tym spotkaniem, postanowiłam, ze oddam sie pod opiekę szpitala, w którym zamierzalam rodzić. Właśnie tam dowiedziałam się od pani w rejestracji, ze we Francji ciażę mogą prowadzić także położne w prywatnych gabinetach. Mając w pamięci przesympatyczną i kompetentną polożną ze szpitala w Bastii, postanowiłam spróbować. Okazało się to doskonałym rozwiązaniem i bardzo dobra decyzją. Pani, która sie nami zajmowała, miala wieloletnie doświadczenie w pracy przy porodach i prowadzeniu ciąży. Miała doskonale podejście do mnie, odpowiadała ze spokojem na wszystkie, nawet wydawałoby się głupie pytania i miała doskonałe poczucie humoru, które czasem pomagało rozładowywać napięcie podczas badań. Podczas kaźdej wizyty czułam, że bardzo o mnie dba, słucha mnie i moich potrzeb.

W tym samym gabinecie zapisałam sie też na kurs przygotowujący do rodzenia i karmienia piersią. Teraz bylam już pod opieką trzech położnych, z których każda okazała się wspaniałą kobietą i profesjonalistką. Wiedząc, ze wszystkie trzy pracowały w szpitalu, w którym miałam rodzić, byłam dużo spokojniejsza.

Zastanawia Was pewnie, dlaczego piszę o tym akurat dzisiaj. Nie, nie mam żadnej rocznicy ani żadna z dziewczynek nie obchodzi dzisiaj urodzin, więc to nie za sprawą nostalgii. Piszę o tym, bo jestem wlaśnie po lekturze książki Jeannette Kalyty „Położna 3350 cudów narodzin”. Ta książka wciągnęła mnie tak bardzo, że ostatnie dwa dni odłożyłam na bok moje obowiązki i zaczytywałam się w niej, uśmiechając do każdego słowa. W tej książce autorka, doskonała położna pisze tak:

width="225"
„Przypominałam jej o tym, co zwykle powtarzam w Szkole Narodzin: nie planuj, nie pisz scenariusza porodu, bo możesz być rozczarowana i niespełniona, jeżeli coś pójdzie nie po twojej myśli. Otwórz się całą sobą na to, co się wydarza, wtedy pojawia sie elastyczność w decyzjach, podejmuj je na bieżąco w trakcie ciąży i porodu. Przy takim podejściu zdarzenia nie zostawiają głębokich skaz w psychice i nie podkopują w kobiecie poczucia własnej wartości. Nie potrafisz nie planować? Zaplanuj sobie niespodziankę, to już dużo.”

Dokładnie takie słowa usłyszałam na jednych z zajęć na kursie przygotowawczym do rodzenia. I wierzcie albo nie, właśnie te najlepiej zapamiętałam i postanowiłam zastosować w akcji. Drugi poród przebiegał znacznie świadomniej, spokojniej i z dużą dawką śmiechu. Bolało, Żużu przez chwilę była źle ustawiona, potem nie chciała wyjść i trzeba było wzywać lekarza, ale ja trwałam w spokoju i opanowaniu do końca. Udało się. Pamiętam każdy moment, chwile trudniejsze i te przyjemniejsze, pomoc męża i doskonałą współpracę z położna.

Książka Jeannette to historia o tym, jak bardzo na przestrzeni lat zmieniło się polskie położnictwo, o tym, że kobietę rodzącą powinno się traktować jako podmiot a nie przedmiot. To kilkadziesiąt opowieści o cudzie narodzin, w których towarzyszyła przyszłym rodzicom. Dla mnie, kobiety, która przeżyła to dwa razy, ta lektura była doskonałą okazją do przypomnienia sobie i prześledzenia w pamięci jeszcze raz tych chwil. Życzyłabym wszystkim mamom, żeby w ich porodzie mogły im towarzyszyć takie właśnie położne jak Jeanette, bo dobra położna, która potrafi poprowadzić kobietę w tych ciężkich niekiedy chwilach, to prawdziwy skarb i nieoceniona pomoc. Zachęcam Was do przeczytania tej doskonałej książki. Warto prześledzić razem z autorką, jak bardzo zmieniło sę podejście personelu oddziałów położniczych do pacjentek, ale także jak zmieniała się na przestrzeni lat kobieca świadomość dotycząca porodów i jak bardzo przydaje się podczas porodu odpowiednie do niego przygotowanie.

the author

Już ponad dziesięć lat mieszkam we Francji. Swoją przygodę z krajem nad Sekwaną rozpoczęłam na Korsyce, następnie przez dwa lata odkrywałam Majotte. Obecnie, od ponad czterech lat mieszkam w Fontanay sous Bois, w mieszkaniu z widokiem na cały Paryż. Jestem mamą, żoną żołnierza, kwiaciarką i blogerką z zamiłowania. Na blogu dzielę się z Wami naszą subiektywnie opisaną francuską codziennością. Opowiadam też o świętach i zwyczajach oraz o naszych podróżach - tych małych i tych dużych.

  • Mój drugi dom ;)

  • Należę do Mocarnych

  • Znajdź mnie na blogowej mapie FR

  • Archiwa

  • Kategorie

Top