Home >> Frolonaise,Nowe,Życie we Francji >> Dziesięć lat na obczyźnie
Dziesięć lat na obczyźnie

18. listopada 2006 roku, srebrym, załadowanym po dach CLIO 2, opuściłam teren Polski i udałam się na Korsykę, gdzie przyszło mi mieszkać następne cztery lata. Pamiętam, jak celniczka niemiecka widząc nasz załadowany samochód, zapytała rozbawiona, czy aby na pewno o wszystkim pamietaliśmy. Pamiętam też, że w Niemczech, na kilka kiometrów przed naszym przystankiem noclegowym, złapaliśmy kapcia i trzeba było ten samochód całkiem rozładować, żeby dostać się do koła zapasowego.

Te wspomnienia zachowają się w pamięci już pewnie na zawsze, ale stają się coraz bardziej mgliste, bo od czasu tych wydarzeń minęło już dziesięć lat ! Naprawdę nie wiem, kiedy to przeleciało. Słyszałam o tym, że po dwudziestce czas leci szybciej i dodatkowo przyspiesza, kiedy na świat przychodzą dzieci, ale żeby aż tak?

I pomyśleć, że kiedy wyjeżdżałam z rodzinnych stron, jeszcze sami z Ł. do końca nie wiedzieliśmy, jak zaplanować swoją przyszłość. Wiedzieliśmy tylko, że lepiej będzie nam razem niż osobno. Jedynym dowodem na to, co mi się w głowie nie mieści (te dziesięć lat, które minęło, jak z bicza trzasnął) są różne wspomnienia – mniej lub bardziej radosne.

W czasie czterech lat sędzonych na Korsyce nauczyłam się języka francuskiego, zmieniłam stan cywilny i zostałam po raz pierwszy mamą. Przeżyłam najlepsze i najgorsze (te zaraz po przyjeździe) Święta Bożego Narodzenia. Zrobiłam kurs nurkowania pierwszego stopnia. Pracowałam przez chwilę w restauracji i pomimo tego, że byłam najgorszą kelnerką ever, wszyscy mnie polubili. Poszłam do ciężkiej pracy w hotelu, z której i tak potrafiłam czerpać zadowolenie i satysfakcję. Przekonałam się, że sympatyczni i na pozór uczynni ludzie, nie zawsze mają dobre intencje. Spędziłam długie godziny na plaży tuż koło domu. Przeprowadzałam się cztery razy ! Zrobiłam sobie tatuaż i nauczyłam się, co to znaczy być żoną żołnierza. Korsykanie nauczyli mnie też, że aby być zaakceptowanym w tamtejszej społeczności, należy się po prostu dostosować do nich i ich szanować.

collage-blog-860x1024

Dwa lata, które mieliśmy spędzić na Majocie, planowałam poświęcić na „odhowanie” nowego członka rodziny. Los jednak zadrwił sobie ze mnie i nie mogłam zajść w ciążę przez…  23 miesiące. W ciąży byłam dopiero w momencie opuszczania wyspy na końcu świata. Dzięki temu jednak, że nie zaszłam w ciążę na samym początku, mogłam w pełni korzystać z niesamowitej okazji do nurkowania na jednej z najpiękniejszych raf koralowych na świecie. Ponieważ na Majocie nie było nawet mowy o podjęciu jakiejś zarobkowej pracy, rozwinęłam zdolności, o które nigdy się nie podejrzewałam. Nauczyłam się robić obrazki z piasku, szyć na maszynie a przede wszystkim pogłebiłam moją wiedzę z zakresu nurkowania -tę teoretyczną i tę praktyczną. Wróciłam do Metropolii z kartą instruktora pierwszego stopnia i trzecim poziomem w nurkowaniu. O tym wszystkim już jednak kiedyś pisałam. Jeśli chcecie zobaczyć efety moich prac wystarczy KLIKNĄĆ TUTAJ ;)

collageblog2

Po dwóch latach spędzonych na Majocie, marzyłam o powrocie do cywilizacji. Miałam dość mieszkańców wyspy, ich lenistwa, nic nie robienia i tej nużącej atmosfery i wolnego życia, za którym dziś, muszę to przyznać, bardzo tęsknię. Przeprowadzając się pod Paryż, zmieniliśmy kompletnie świat, w jakim dotychczas przyszło nam żyć. O moich pierwszych wrażeniach po przeprowadzce możecie poczytać w jednym z pierwszych wpisów na blogu Paris Paris…. Dziś widzę Metropolię inaczej i chętnie bym już się przeprowadziła w jakiś inny, spokojniejszy region Francji. Napięta sytuacja w Paryżu i brak poczucia bezpieczeństwa, spowodowany wszystkimi okropnymi zajściami z ostatnich dwóch lat, nie pomaga. Paradoksalnie mam też dosyć tego ciągłego pośpiechu, jakim żyje wielkie miasto. Codziennego biegania z punktu A do punktu B tak, aby tylko wszędzie być na czas.

collage3

Nie jest jednak tak, że ja to tylko ciągle narzekam i wszędzie mi niedobrze. Korzystam razem z całą rodziną z uroków podparyskiego życia. Znalzałam fajną pracę, w której się spełniam. I choć z początku w ogóle nie widziałam siebie w roli kwiaciarki, dziś po trzech latach muszę przyznać, że ta praca całkiem nieźle do mnie pasuje. I nawet trochę żałuję, że ta przygoda dobiega końca. Przez ostatnie cztery lata wydarzyło się bardzo dużo. Na świat przyszła Gruu – mała Paryżanka. Zaliczyliśmy dwuletnią przygodę z polską szkoła, dzięki czemu Blee nauczyła się pisać i czytać po polsku. Odwiedziliśmy wiele cudownych miejsc. Teraz czekamy, co przyniosą następne lata i gdzie nas rzuci los (albo raczej przełożeni Ł. ;) Jesteśmy chyba już wszyscy gotowi na nową przygodę. ! I tylko byłoby dobrze, gdyby czas zechciał trochę zwolnić i nie uciekał tak szybko. :)

the author

Już ponad dziesięć lat mieszkam we Francji. Swoją przygodę z krajem nad Sekwaną rozpoczęłam na Korsyce, następnie przez dwa lata odkrywałam Majotte. Obecnie, od ponad czterech lat mieszkam w Fontanay sous Bois, w mieszkaniu z widokiem na cały Paryż. Jestem mamą, żoną żołnierza, kwiaciarką i blogerką z zamiłowania. Na blogu dzielę się z Wami naszą subiektywnie opisaną francuską codziennością. Opowiadam też o świętach i zwyczajach oraz o naszych podróżach - tych małych i tych dużych.

  • Mój drugi dom ;)

  • Należę do Mocarnych

  • Znajdź mnie na blogowej mapie FR

  • Archiwa

  • Kategorie

Top